Od premiery owego filmu minęło już sporo czasu, sporo również ocen i opinii od premiery pojawiło się w Internecie. Lecz czy blog jest blogiem, czy serwisem informacyjnym nastawionym na najwcześniejsze wiadomości? Niestety wypadło jakoś tak, że miałem okazję obejrzeć ten film dopiero niedawno, mimo tego, że w kinach był ponad pół roku temu. Poniższa ocena filmu, to tylko moje przemyślenia i nikomu nie każę się z nimi zgadzać. Jednakże ogromna kampania reklamowa, w porównaniu do aktualnej popularności, sama wystawia filmowi ocenę…
(Poniżej znajdują się informacje opisujące fabułę filmu i jego przebieg)
Film o nazwie Jestem Legendą (I Am Legend) jest filmem opartym o znaną książkę Richarda Mathesona. Miałem okazję zagłębić się we fragmenty owej książki po obejrzeniu filmu i mogę powiedzieć, że dziś bardzo bym chciał mieć książkę Richarda Mathesona na półce w domu. Z owej półki zdjąłbym pudełko z filmem Jestem Legendą i wcisnąłbym je w dno kosza.
W 2009 roku grupa naukowców przetestowała na ponad 10 tysiącom ludzi nowy lek, który miał zrewolucjonizować medycynę. Powiodło się – dzięki mutacji wirusa, udało się uzyskać lek, zdolny pokonać każdą odmianę raka. Cóż, w filmie moment, gdy widzowi prezentuje się tą wiadomość zrobiony jest jakby to była oczywista wiadomość, zamiast jakoś wywrzeć wrażenie na oglądającym – jest mu to przedstawiane w formie „mamy lekarstwo na raka, koniec”.
Wkrótce potem lek okazał się zgubą ludzkości. Owa mutacja wirusa albo człowieka zabija, albo przeistacza go w swego rodzaju wampira – który zaraża inne żywe istoty, lecz jest bardzo wrażliwy na światło słoneczne i ultrafiolet.
Cóż, przynajmniej pokonano nowotwór…
Film jest ciekawie przeplatany wspomnieniami głównego bohatera – Roberta Neville’a (Will Smith), wojskowego z Nowego Jorku. Zdaje się być jedynym ocalałym oraz odpornym na wirus przenoszony drogą zarówno powietrzną jak i poprzez rany. Neville w trzy lata od pandemii nieźle się urządził – jego dom przypomina twierdzę, zaś pod domem prowadzi laboratorium, w którym usiłuje opracować szczepionkę. Czasu na prace ma całkiem sporo… Mieszka i często poluje pośród wieżowców Nowego Jorku ze swoim psem (suczką) o zdrobniałym imieniu Sam. Ciekawie film prezentuje opuszczone miejsca Nowego Jorku, porośnięte trawą, krzakami, ciekawie prezentowała się scena, gdy główny bohater (i jedyny poza psem) gra w golfa, pośród samolotów USAF na lotniskowcu-muzeum USS „Intrepid”. Neville każdego dnia oczekuje na South Street Seaport z włączonym nadajnikiem. Nikt nie przyszedł.
Jeżdżąc po mieście, niekiedy polując, czy udając się do biblioteki, Neville poustawiał na ulicach i w sklepach manekiny. Często udaje, że z nimi rozmawia. Celem tego jest po prostu staranie się, by przysłowiowo „nie ześwirować” z samotności i braku kontaktu z ludźmi.
Celem jest bycie w domu przed zmrokiem, zanim słońce zajdzie za budynki i pokryje mrokiem ulice. Wówczas z dużych, wiecznie ciemnych wewnątrz budynków wychodzą oni – ci, których wirus nie zabił, lecz zmienił w bestie o najprostszych instynktach – zabić, zjeść. W swoje urodziny, Neville zauważa na ulicy przestawionego manekina. Wpada we wściekłość i nieświadomie wchodzi w pułapkę – budzi się dopiero o zmroku, lecz odcinając linę spada na nóż, który wbija się w jego nogę. Cóż za banał… spada i akurat prosto na ostrze noża, jeszcze prosto w udo. Wraz z psem Samanthą (wcześniej użyłem zdrobnienia, którego używa bohater – Sam) wycofuje się w stronę samochodu. Z cienia wychodzą spaczone psy, zaś linia słońca, która oddziela Sam i Neville’a coraz bardziej się zmniejsza. W trakcie szarpaniny Sam zostaje pogryziona, zaś w domu Neville’a w jego rękach zmienia się w spaczeńca. Neville zabija psa. Poprzysięga zemstę, zastawiając misterną pułapkę na spaczonych, taką by zabić ich jak najwięcej.
Jednak spaczeńcy mają przewagę liczebną i spychają Neville’a, wkrótce potem przewracają jego samochód i spychają w stronę rzeki. Oczywiście banalne rozwiązanie sytuacji – ktoś zapala racę i wyciąga Neville’a, ten następnie podaje adres i traci przytomność.
Ratuje go Anna, której towarzyszy mały chłopiec. Neville budzi się w domu, z zaszytą raną po nożu. Od razu stanowczo protestuje gdy Anna wspomina o innych ocalałych. Następnie dzieje się kolejny banał – okazuje się, że w okolicy, której mieszkał Neville pojawili się spaczeńcy. Zaczęli atakować mieszkanie Neville’a, ten zaś z chłopcem i Anną uciekli do laboratorium, gdzie oczywiście miała miejsce, rzecz wspaniała – „odnajduje się cudowny lek” – który główny bohater wręcza kobiecie. Sam z granatem w ręku rzuca się w stronę nacierających spaczonych… zaś Anna z chłopcem docierają z lekiem do kolonii ocalonych.
Skoro już kwalifikuję ten film do rozczarowań roku, a może i największych rozczarowań ostatnich lat, to chciałbym wiedzieć, jak Anna z chłopcem dotarli do obozu? Skoro wokół pełno było spaczeńców? Może jeszcze samochód był przy wejściu?
Cóż… Film nie jest zły, ale ciężko go również nazwać dobrym. Gratulacje należą się autorom za scenografię i potencjał. Jednakże największą wadą tego filmu jest jego długość – 100 minut… jaki dobry film o tak wielkim potencjalne ma 100 minut?! Odejmując od tego napisy końcowe, ten film robi się wręcz żałośnie krótki… Dobra książka, licząca około 200 stron zmieszczona do mniej więcej 90 minut. Twórcy przeliczyli się, że ciekawy tytuł oraz jeden dobry aktor to przepis na sukces. Świetnie prezentujący się spaczeńcy, zarośnięty Nowy York oraz zwierzęta biegające po ulicach owego miasta… to nie jest jeszcze przepis na film. Dobry film, to taki, który nie posiada dużo przewidywalnych scen, momentów totalnego i bezsensownego rozwiązania akcji (cudowny lek, ratunek w niechybnej śmierci).
W obrazie da się również doczytać nieco rasizmu. Ludzie biali stworzyli zagładę i każą jednemu człowiekowi – Czarnemu – polować i radzić sobie pośród niebezpieczeństw. Gdy przychodzi upadek nagle pojawia się kobieta, opowiada o ocalałych i wielkiej możliwości powrotu do normalności.
Idąc dalej wyszukując minusów w filmie – twórcy stworzyli drugą, alternatywną wersję zakończenia, w której wszystko kończy się dobrze. Czy aby tak postępuje profesjonalny twórca, który sam siebie nazywa artystą?
W całości rzecz biorąc, film jest fajny, jeżeli ktoś lubi oglądać imponujące widoki – w tym filmie robią one wrażenie. Również ciekawie wygląda klimat – opuszczone miasto, niebezpieczeństwo. Wszystko niszczy czas trwania filmu – nie zdążysz zauważyć, a film się kończy. Kończy się na dodatek banalnie – odnalazła się szczepionka, odnaleźli się żywi ludzie, granat w łapę i hop w stronę spaczeńców. Na filmie pokazane jest również jak główny bohater szpera po szafkach w czyimś domu w poszukiwaniu jedzenia i leków… ciekawe, że przez ponad 3 lata bez prądu jedzenie byłoby zdatne do jedzenia, a leki się nie przeterminowały. Również wnętrza domów, biblioteki, wyglądają jakby były nietknięte – a wszak w mieście panuje natura i spaczeńcy…



Miałem okazję oglądać, lecz by nie psuć zabawy innym, którzy nie oglądali i nie czytają poniżej spoilera powiem tylko jedno – nie polecam.