Pewnego dnia, pamiętam jak dziś – chłodnego jak na lato, deszczowego i ogólnie szarego – postanowiłem udać się w celu zakupienia książki. Po prostu, książki. Nie jakiejś wybranej, utęsknionej lub z góry zamierzonej. Wsadziłem w portfel złotych trzydzieści i ruszyłem w stronę przystanku tramwajowego, chwilę później mozolnie i powoli zza zakrętu wyłoniło się długie, czerwone zło o numerze bocznym 666. Wsiadłem, po parunastu minutach dotarłem z przedmieść do centrum, kurs na Empik. Jak duch wędruję pomiędzy regałami przeglądając co mogłoby trafić w me ręce ciekawego… W pierwszej kolejności ciekawość przykuły książki Kossakowskiej oraz Pilipiuka, jednak pierwszą autorkę odrzuciłem w przedbiegach – nie są te powieści moim zdaniem zbyt dynamiczne, chwyciłem jedną z książek Pilipiuka, tytułu już nie pamiętam, jednak po chwili namysłu odstawiłem. Pamiętałem jedynie dobrze Operację Dzień Wskrzeszenia, zaś nie miałem ochoty na opowiadania o Jakubie Wędrowyczu. Coś zaświeciło między innymi książkami…
Dosłownie zaświeciło, światło tak padało pomiędzy regały, że akurat ta książka świeciła okładką z pośród innych. Zdjąłem z półki i obejrzałem książkę. Hm… Jacek Piekara, stary dobry Jacek Piekara – pomyślałem. Twórca jednej z moich ulubionych książek. Z reguły czytam, po to by po prostu czytać – niezmiernie rzadko trafiała się książka, którą czytałem z takim wyrazem twarzy, jakbym był jakimś bibliotekarzem lub magiem z fantastycznego świata, który pochłania tysiącstronnicowe tomiszcze w ciągu dnia. Tak działały na mnie opowieści o znamienitym Mordimerze. Cóż, postanowiłem jednak przeczytać książkę Jacka Piekary o tytule „Ani słowa prawdy”. Nie pomyliłem się, raczej nigdy tego zakupu nie będę uznawał za porażkę. Było doprawdy warto.
Żądne złota krasnoludy, okrutne elfy-ludojady, mroczni wiedźmiarze, czarodziejki i czarownice, wampiry, demony, potwory z innych wymiarów. Magia, intrygi i wielka Przygoda!
Kiedy pomocy potrzebują ponętne czarodziejki, kiedy rusza wyprawa do Nowego Świata, kiedy zamek zostaje sterroryzowany przez okrutnego wampira, kiedy na horyzoncie widać złowrogie statki o dziobach w kształcie smoczych łbów, kiedy trzeba spenetrować tajemnicze królestwo wiedźmiarzy, kiedy krasnoludy żądają pomocy — wtedy właśnie do akcji wkracza czarodziej-samouk. Dawniej był sławnym najemnikiem i bardem. To na jego kolanach skonał krasnoludzki król Wszobrody, to on walczył w Zgniłym Lesie i wyprowadził z bagien resztki krasnoludzkiej armii. Potem odziedziczył Księgę Czarów, kryształową kulę oraz różdżkę. Poznał magię i samowolnie obwołał się czarodziejem, a wkrótce stał się najsłynniejszym członkiem Tajemnego Bractwa. Udało mu się to osiągnąć dzięki ogromnej inteligencji, wielkiej sile fizycznej, tonom zdrowego rozsądku i prawemu charakterowi. Wie jednak, że jeśli jego tajemnica się wyda, nic go nie uratuje przed karą z rąk innych czarodziei.
„Ani słowa prawdy” to dziesięć opowiadań o Arivaldzie z Wybrzeża. Magu, który wie, że bystry umysł i silne pięści są czasami ważniejsze od znajomości zaklęć.
Licząca ponad 600 stron książka, czytana powoli i w niedużych ilościach w ciągu dnia potrafi naprawdę wryć się w pamięć i pozostawić wspaniałe wspomnienia z lektury. Sam przeczytałem reedycję, której fragment okładki przewija się na początku postu, jednak mimo tego jestem wielce zadowolony.
Arivald, wspomniany główny bohater to bardziej mag z przypadku, aniżeli z obowiązku. W przeciwieństwie do najsłynniejszej książki Piekary o inkwizytorze Mordimerze, w Ani słowa prawdy nie spotkamy żądnych krwi potworów, nie spotkamy wyłamywania rąk ze stawów oraz lejącej się wszędzie krwi. W moim odczuciu przygody Arivalda w Ani słowa prawdy przypominają lekko opowieści baśniowe, pełne magów z szpiczastymi czapkami, machania różdżkami oraz różnych stworków, pokładu gnomów. Przeczytałem już dziesiątki książek fantastycznych o różnej objętości, szukałem jakiejś chodź by niewielkiej różnicy – właśnie Ani słowa prawdy dało mi to coś – nie spotkamy tutaj elfów, magia posiada inne podstawy, świat magiczny jest inaczej ułożony, zaś sam główny bohater nie jest jakimś tam schematycznym bohaterem. Wręcz przeciwnie, postać w moim odczuciu jest bardzo oryginalna, zaskakująca i niestandardowa. Mag z reguły powinien być stary, posiwiały, z wrzodami, powinien mieć problemy z dalekimi podróżami. Tutaj mamy przeciwieństwo – Arivald to poczciwy staruszek, który nie stroni od płci pięknej, lubi dalekie podróże od których inni magowie dostają hemoroidów, jest również obdarzony nieprzeciętną tężyzną, przez co często się o nim mówi, iż w swoim wieku umie jeszcze wygiąć dwie podkowy na raz.
W Ani słowa prawdy – jak wspomniałem – nie spotkamy żadnych krwawych jatek, zaś celem autora było z pewnością nie raz rozbawienie czytelnika różnymi zabawnymi, zaskakującymi wydarzeniami oraz całkowitą inwersję najpopularniejszej literatury fantastycznej. Przykładowo napotkamy wiedźmina, który wbrew powszechnym wyobrażeniom jest mały, gburowaty, wiecznie pijany, zaś jego miecz nie jest gładki i ostry, zaś przypomina tandetną podróbkę wykonaną gdzieś w domu. Z czasem jednak opowiadania przechodzą z przyjemnego baśniowego świata, w mrok, dla jednych jest to wada, ponieważ sielski klimacik był przyjemny, dla innych to wielka zaleta – „przynajmniej coś się dzieje”.
Opowiadania zamieszczone w książce, to w sumie zlepek różnych opowiadań z różnych magazynów, w których Piekara je publikował. Tak czy inaczej, zespolenie wszystkich w całość daje ładną ilość, ciekawych historii.
Język w książce jest prosty i przyjazny dla każdego – nie zawiera żadnych złożonych wypowiedzi, żadnych archaizmów czy wzniosłych scen pełnych niezrozumiałego stylu wypowiedzi. Luźno, zwięźle, przyjemnie, wszystko czego trzeba książce, dla osoby wymagającej ciekawych historii fantastycznych, bez zbędnych ceregieli.



Ogółem książka bardzo fajna, ciekawie napisana, to wyciąganie różnych czarów z rękawa. Jednak nie podobał mi się wątek z wampirem, za krótki był, przyszli, wparowali, zamknęli i po kłopocie. Nic w tym wątku ciekawego nie było, ale książka i tak świetna ;)