Europa…
Co kojarzy Ci się z tym słowem? Unia? Polityka? Kontynent?
Zastanawiałeś się kiedyś, drogi Czytelniku, jak Europa będzie wyglądała za lat pięćdziesiąt? Albo sto?
Jak będzie wyglądać nasza kultura? Czy Europa będzie podobna dzisiejszej, tylko nowocześniejsza?
Co mi odpowiesz, Czytelniku, jeżeli powiem Ci, iż może być zupełnie inaczej, a Ty będziesz stanowił mniejszość we własnym kraju?
Wydaje Ci się to absurdalne? A jednak… za pół wieku w Holandii, sami Holendrzy będą stanowić mniejszość mieszkańców własnego kraju.
Czym zajmujesz się w ciągu zwykłego dnia? Jeżeli myślisz o Europie, to pod jakim względem? Miejsc pracy, kryzysu? Walki z bezrobociem?
Prawda jest niestety taka, że prawie nikt nie przejmuje się przyszłością Europy, jaka będzie za pół wieku, za sto lat?
Na początek tego skromnego artykułu, do razu odpowiem na kilka pytań, które z pewnością chcieliby zadać Czytelnicy. Pewnie po pierwszych kilku zdaniach większość „tradycyjnych” Europejczyków zamknie tą stronę, twierdząc, że „kolejny, któremu się wydaje”. Nie mam na celu, w tym artykule wieścić rzeczy, które można by ująć mniej więcej tak – „musi tak być”, „nie ma odwrotu”, „nie ma wyboru”.
Nie o to chodzi, drogi Czytelniku, nie mam zamiaru tak mówić, a raczej przedstawić, jak ma się sytuacja dzisiaj – jaka jest polityka Europy i do czego może to prowadzić. Mam również zamiar pokazać, jaka jest dzisiaj mentalność większości młodych Europejczyków, którym niekiedy się wydaje, że są pępkiem świata i nic ich nie dotyczy.
Przeciętny Europejczyk zupełnie nie interesuje się przyszłością Europy, zaledwie niewielki procent interesuje się prawami, zasadami wprowadzanymi przez Brukselę, przeważnie „budzi się z ręką w nocniku”, gdy w wiadomościach dowiaduje się, iż jego kraj nie spełnia „jakiś tam” wymagań stawianych przez Unię. Ile osób z tej grupy interesuje się przyszłością Europy pod względem kultury, mozaiki narodowościowej, historii? Sądzę, że zaledwie ułamek procenta.
Zacznijmy od tezy… I w tym miejscu jestem pewien, że zbyt wielu Czytelników się „zbulwersuje” i zakończy lekturę, jednak cóż, może znajdą się i tacy, którzy nie są „typowymi europejczykami”, o których w artykule również wspomnę i doczytają do końca. Stawiamy tezę – czy polityka miłości, otwartej imigracji i ogromnej tolerancji dla innych kultur i religii może stanowić zagrożenie dla przyszłości Europy?
Postaram się nie tylko odpowiedzieć na zadaną tezę, ale również przedstawić kilka faktów, przemawiających za tym, czy my – Europejczycy – sami przyczyniamy się do zmniejszenia zagrożenia wynikającego z tezy, czy też sami zwiększamy owe zagrożenie.
Kogo nazywam „typowym europejczykiem”?
Są to ludzie, którzy uważają, że utarty porządek rzeczy – Europa taka, jaką widzą ją dziś – będzie zawsze i nigdy się nie zmieni. Typowy Europejczyk jest tolerancyjny do bólu, każdego kto sprzeciwia się przykładowo małżeństwom homoseksualnym uważa za homofoba, każdego kto nie chce budowy cerkwi/kościoła/meczetu/świątyni uważa za ksenofoba lub wroga numer 1. Przykłady można jeszcze długo mnożyć. Zwykły i przeciętny Europejczyk kocha odmienność, w ogóle mu nie przeszkadza milionowy napływ imigrantów i przeważnie budzi się zbyt późno – przykładem jest bunt w Anglii przeciwko polskim pracownikom, odbierającym pracę rdzennym mieszkańcom. Obudzili się dopiero, gdy połowę pracowników jednej fabryki stanowili Polacy, miejmy nadzieję, że inaczej będzie w przypadku imigrantów z poza Europy.
Co gorsze, niektórzy typowi europejczycy w ogóle nie przejmują się przyszłością, a wręcz przeciwnie – drwią z takich osób, które mówią o różnych bardzo negatywnych wydarzeniach na tle imigracji w Europie. Drwią z ataków terrorystycznych, z artykułów w gazetach prezentujących negatywny wpływ masowej imigracji na przyszłość Europy… Tacy ludzie sami przyczyniają się do upadku kulturalnego „starego kontynentu”. Osoby mówiące o islamizacji są nazywane ksenofobami, jednak ich „wizje” zaczynają się ziszczać – wystarczy postać 5 godzin na najruchliwszym skrzyżowaniu Londynu by przekonać się o ilości muzułmanów żyjących w tym mieście…
Wielu uważa, że tematy religijne są zbyt delikatne, by je poruszać, jednak w końcu trzeba je poruszyć – trzeba poruszyć sprawę zmian w Europie powoli dokonywanych przez imigrantów z poza kontynentu, których polityka Unii wita z otwartymi rękoma. Prawa, przywileje, dotacje, dofinansowania… to wszystko jest dostępne dla imigrantów, dla których Europa tworzy coraz to więcej praw. Nasza Unia kocha każdego, nie ważne czy to Polak, Niemiec, Hiszpan, czy Cygan… nie ważne. Ważne jest to, czy polityka Unii nie prowadzi do dawania nadmiernych przywilejów i faworyzowania mniejszości. Tak właśnie jest – że nie dostrzega się potrzeb ubogich rdzennych mieszkańców, a promuje się imigrantów – hindusów, muzułmanów, Afrykanów… I tak się składa, że w wielu europejskich krajach, wkrótce to oni będą dyktować warunki nam, a nie my im. Wspomnijmy słowa egipskiego „naukowca” Amr’a Khaled’a udzielającego wywiadu w telewizji Dream2 dziesiątego maja 2008 roku:
Najważniejszą rzeczą w tej sprawie, jest fakt, że już teraz w Europie mieszka około 40 milionów muzułmanów (…). Muzułmanie dbają o to, by mieć potomstwo, Europejczycy nie (…), co oznacza, że w ciągu 20 lat, to muzułmanie będą stanowić większość.
(…) Jak wiadomo, wielu grupom to się nie podoba, przez co stają się one agresywne. Jak wiadomo, są oni wrogami Islamu.
Naprawdę, potrzebujemy tylko dziesięciu lat, by stać się bardziej wpływowi, niż wiele rządów europejskich krajów
Takich zdań można by mnożyć przez tysiące, nie tylko w ustach jakiś fanatycznych przywódców i fundamentalistów. Podobnie twierdzą czołowi politycy muzułmańscy, lekarze, doktorzy, profesorowie. A nawet prezydenci, jak przywódca Libii.
Udajmy się w swego rodzaju podróż po naszym kontynencie…
Zacznijmy w Anglii, gdzie populacja osób z pochodzenia „bliskowschodniego” wzrosła w ciągu 30 lat, z kilkunastu tysięcy, do blisko trzech milionów legalnie mieszkających osób. A ile mieszka nielegalnie? Dwa razy tyle? Możemy jedynie się domyślać. Imigranci według „typowych Europejczyków” to ludzie uznający nasze europejskie prawa, którzy mają elementy swojej tradycji, jednak żyją tak jak my. To błąd, bowiem doprawdy niewiele osób będących imigrantami, wierzących w Islam, kieruje się w większości naszymi prawami. Na przykładzie artykułu z marcowego The Times – opisującego historię młodej kobiety, która zmieniła wiarę na anglikanizm, kilkanaście lat cierpień bez możliwości pomocy ze strony nas – Europejczyków. W wielu przypadkach władze w Anglii nie ingerują w to, co dzieje się w rodzinach muzułmańskich, uważając to za złamanie prawa do wolności wyznania. Jest to podwójne zaprzeczenie – często nie ingerując w życie imigrantów pozwalamy na łamanie praw człowieka, powszechnie przyjętych w Europie przez osoby, które chcą żyć w naszych krajach, lecz „po swojemu”.
Przypomnijmy manifestacje organizacji muzułmańskich, na których pięknie widzimy napisy w stylu „British police go to hell”, kobietę owiniętą szczelnie chustą z transparentem „Europe, be prepared for the real holocaust”, ludzi owiniętych w typowo „hamasowskie” (zielono-białe) chusty z napisami „Islam will dominate Europe”. Z tym się nic nie robi. Podobne manifestacje aż ociekają jadem do nas – rdzennych mieszkańców… i z tym nic się nie robi, bo w końcu tolerancja religijna.
W Anglii prawa szariatu (czyli prawa wzorowanego na Koranie) są niekiedy tolerowane przez nasze sądy, mimo to, że prawo szariatu często nijak ma się do praw człowieka… Również wprowadzenie szariatu dla mniejszości muzułmańskiej w Anglii było promowane na IslamExpo w zeszłym roku. Z tym też nic się nie robi, bo w końcu tolerancja… Ciekaw jestem czy plany budowy największego w Europie meczetu na blisko 80 tysięcy wiernych, też są w ramach tolerancji.
Jak wspominałem – Anglia powoli wprowadza gdzieniegdzie szariat (prawo oparte o Koran), dziwi mnie jeszcze fakt, że zgodnie z niektórymi wersjami szariatu na świecie, nie zezwala się na kamienowanie kobiet, albo zabijanie córki/żony za spotkanie się z innym mężczyzną.
Przez kanał La Manche udajmy się do Francji…
W ciągu kilkunastu lat, co piąty mieszkaniec będzie muzułmaninem, zaś wielkie „rewolucje”, jak ta w Paryżu, gdzie płonęły całe dzielnice, nie będą niczym niezwykłym. W większych miastach niczym niezwykłym jest spotkanie muzułmanina. Większość typowych Francuzów uznaje ich za wzorowych obywateli, za doskonałych ojców dbających o żony. Co innego okazuje się, gdy na jaw wychodzi, że przykładny mąż z takich rodziny uznaje molestowanie 12-letniej córki, za coś naturalnego… Nie mam tutaj zamiaru mówić, że w każdej rodzinie tak jest, jednak należy zwrócić uwagę, że w bardzo wielu kręgach muzułmańskich wydawanie córki w wieku 15 lat za mąż, nie jest niczym niezwykłym. Wiele z tych tradycji potem przenoszone są wraz z imigracją do Europy – najczęstszą z tych „tradycji” jest ograniczenie praw kobiety do absolutnego minimum, co oczywiście z europejskim prawem jest „na bakier”, jednak wiele społeczności muzułmańskich w Europie od razu zasłania się prawami, które my sami stworzyliśmy… Koło się zamyka, zaś profanacje chrześcijańskich pomników dokonywane przez muzułmańskie grupy, przykładowo w Ploermel w Bretanii, nie są nagłaśniane.
Z Francji do krajów „niderlandzkich” – Belgii i Holandii.
Blisko co trzecie dziecko rodzące się w tych krajach rodzi się w rodzinie wyznającej Islam, szacuje się, że w ciągu najbliższych dziesięcioleci, co drugi mieszkaniec Niderlandów będzie z pochodzenia „półksiężyca”. W tym miejscu warto zaznaczyć pewną postać… dla jednych negatywną, dla innych pozytywną, zaś dla typowego Europejczyka, jest to postać szaleńca. Chodzi o Geert’a Wilders’a.
Człowieka, który krytykował Europę za politykę miłości do każdego imigranta, chodź by w przeszłości był on powiązany z terrorystami… Stworzył pewien niewygodny film – Fitna, w którym porównuje on muzułmanów do terrorystów. Od razu typowi Europejczycy zrównali tego człowieka do szaleńca, zaś wspaniali i wzorowi imigranci – muzułmanie – zaczęli grozić mu śmiercią, robić manifestacje z transparentami głoszącymi „we want Wilders blood!” – czy tak zachowuje się imigrant? Pytanie się pojawia – czy należy oddzielać Islam od terroryzmu? W takim razie oddzielmy również inkwizycję i krucjaty od chrześcijaństwa. Bez chrześcijaństwa nie byłoby krucjat, bez Islamu nie byłoby znanego nam terroryzmu. Dziś europejczycy oraz imigranci oddzielają grubą kreską muzułmanina od terrorysty… Odpowiedz mi drogi czytelniku, czy człowiek wierzący w Allaha i wysadzający się bazarze czymś się różni pod względem wiary od człowieka wierzącego w Allaha i w pokoju żyjącego w Europie? Wątpię… różnią się jedynie motywami działania. Typowy Europejczyk natychmiast potępi każdy atak na imigranta, jednak sam nie zauważa faktu, że to niedługo imigrant będzie dyktował mu warunki stanowiąc połowę jego kraju.
Z Holandii do Danii…
Kraj ten pod względem imigrantów słynie z jednego, przede wszystkim wydarzenia – z opublikowania karykatur Proroka, który dla wyznawców Islamu jest postacią niemal najwyższą. Nikomu nie trzeba mówić, jak zachowała się społeczność muzułmańska – odpowiadając ogromnymi manifestacjami, spalonymi sklepami i samochodami. Znów zadaję pytanie – gdzie była policja, służby porządkowe? Autorowi karykatury podobnie, jak Wildersowi – grożono śmiercią, zaś lokalni działacze wspólnot muzułmańskich zachęcali do zabicia go. Czy tak zachowuje się muzułmanin, który chce żyć w Europie i w przyszłości stanowić w niej bardzo istotną grupę?
Warto wspomnieć manifestacje przy ambasadzie Danii w których setki, jak nie tysiące zgromadzonych muzułmanów głosiło swoje poparcie dla islamizacji, dla terrorystów, dla Hamasu i innych organizacji terrorystycznych. Gdzie były siły porządkowe? Stały obok, w imię wolności wyznania. Europa ma przysłowiowo „głęboko” to, że wielu na, co dzień wzorowych imigrantów, po lekkim zdenerwowaniu zamienia się w gotowych do wysadzenia terrorystów.
Z Danii do Niemiec…
… do chyba najbardziej „zislamizowanego” kraju Europy. Niemal 5 milionów muzułmanów, w większości Turków, setki tysięcy imigrantów z innych krajów. Ilość meczetów w Berlinie w ciągu kilkunastu lat wzrosła z blisko dziesięciu sztuk do kilkudziesięciu. Uniwersytet w Münster jest pierwszą uczelnią w Niemczech, która kształci nauczycieli Islamu – pytanie, czy jedynie do nauki muzułmańskiej mniejszości, czy również do nawracania? Niemieckie ministerstwa jako pierwsze przyznały, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat liczba muzułmanów w Europie może przekroczyć 100 milionów i będą w stanie decydować o przyszłości Europy. Parę lat temu wiele hałasu zrobiła znana niemiecka gazeta “Der Spiegel”, która poświęciła islamizacji Europy ładnych parę stron, wywołując oczywiście u samych zainteresowanych wielkie oburzenie, zarówno po stronie mieszkańców, jak i po muzułmańskiej mniejszości. Niemcy wielce oburzyli się, iż to wszystko „guzik” prawda, co pisał “Der Spiegel” – między innymi o strachu, wygodnictwie i finansowaniu terrorystów przez Niemców, którzy nie mają po prostu ochoty się przeciwstawić. Muzułmanie zaś oburzyli się, gdy “Der Spiegel” zaprezentował ich w roli seryjnych gwałcicieli, barbarzyńców i ludzi zacofanych o parę stuleci. Przykładem płaszczenia się władz Niemiec przed ogromną ilością muzułmanów jest wystawa w Berlinie, podczas której „w ramach sztuki” jeden z przedstawiających wyciągnął stylizowaną na „proroczą” odciętą głowę – wystawa została w ciągu kilku chwil zamknięta, autora ukarano, a społeczność muzułmańską przepraszano na każdym kroku. Kolejną sprawą jest przykładowo meczet w mieście o nazwie Dillenburg, gdzie prawie całe miasto sprzeciwiło się budowie meczetu z nagłaśnianiem na pół miasta – nic to nie dało… Meczety powstają, jak grzyby po deszczu, niektóre wielkie, okazałe, na tysiące, a nawet „naście” tysięcy wiernych. Za pieniądze podatników, w ramach tolerancji, promocji mniejszości i ułatwiania im rozwoju.
Połowa czytelników, jak nie większość, pewnie już tych słów nie czyta, uznając je za bzdurę, jednak wystarczy przyjrzeć się mozaice kulturalnej Europy zachodniej. Teraz na chwilę udajmy się poza Europę i porównajmy to, co może muzułmanin w Europie, a co może Chrześcijanin na Bliskim Wschodzie – chyba nie trzeba wiele mówić. Chodź bym był Rosjaninem z Kamczatki, albo Nowo Zelandczykiem, udanie się z Biblią do Arabii Saudyjskiej jest karane śmiercią. Nawet jeżeli byłbym ważnym dyplomatom, ale byłbym chrześcijaninem, chcącym czytać Biblię w Arabii Saudyjskiej, groziłaby mi śmierć. Nie inaczej w wielu innych krajach Bliskiego Wschodu…
My pozwalamy imigrantom na wszystko – pozwalamy im budować swoje świątynie, w dodatku jeszcze im w tym pomagamy, nie interesujemy się własną przyszłością, kulturą za kilkadziesiąt lat. Nie obchodzi nas ogromna ilość imigrantów, którym jeszcze pomagamy w asymilacji naszego rdzennego społeczeństwa. Wielu nazwie ten artykuł pustymi wróżbami, jednak warto poczekać i zobaczyć, kto będzie miał rację – jeżeli przeciwnicy tej wizji, po prostu będę się mylił, wyjdzie to na dobre Europie. Jednak jeżeli spełnią się przewidywania zwolenników tej tezy – będzie to jedynie dowodem na upadek Europy, jaką widzimy dzisiaj. Zawiodła polityka wielokulturowości, która za lat 50 przyniesie plony – kraje w których połowa ludności będzie wierzyć w Allaha, a muzułmanin dyktujący Europie warunki na „stołku” w Brukseli, nie będzie niczym dziwnym. Wystarczy się zainteresować – można znaleźć tysiące przykładów tego, że my – Europejczycy – boimy się imigrantów, zdejmujemy krzyże w szkołach, dbamy o to by psy (według muzułmanów zwierzęta nieczyste) nie mogły być przewożone autobusami, robimy wszelkiego rodzaju ułatwienia muzułmanom, by ci nie pracowali przykładowo przy mięsie, winie (rzeczy nieczyste…). Otrzymują oni takie prawa i przywileje, że często rdzenny mieszkaniec danego kraju, może jedynie pozazdrościć, jak władza płaszczy się przed imigrantem i ułatwia mu życie na każdym kroku…



Ta, ile to razy słyszeliśmy o tym, że muzułmanin pozwał cały kraj za to, że musiał pracować przy sprzedaży alkoholu, albo że go wkurza krzyż w sali lekcyjnej, w której jego syn się uczy…
Skoro przyjeżdżają do nas – niech się przystosują do nas, a nie my do nich :|
Przeczytałem, ciekawe, ale do podobnych wniosków doszedłem już sam. W sumie to dzięki tobie przejrzałem na oczy. Ale, czy ten czarny scenariusz się sprawdzi? Nie musi, chociaż wiele na to wskazuje…
Polityka wielokulturowości, jak i tolerancji ma sens gdy obie strony nawzajem się szanują i tolerują, a jak jest w praktyce samemu można się przekonać.