Na sam początek zaznaczę – jeżeli masz zamiar grać w Call of Juarez: Więzy Krwi, nie czytaj tego postu – opisuję w nim rozwiązania, jakie wykorzystali twórcy. Jeżeli nie chcesz psuć sobie zabawy z odkrywaniem gry bez znania pomniejszych szczegółów, lepiej znajdź sobie inny post do czytania :-)
Całkiem niedawno rozpocząłem przygodę z serią Call of Juarez – polską grą tworzoną przez znaną firmę Techland. Niecały tydzień temu opisywałem przygodę z pierwszą częścią gry, moje wspomnienia, opinię i nieco screenów z gry znajdziecie pod tym adresem. Kto czytał, ten wie, że pierwsza część Call of Juarez w moim odczuciu była arcygniotem stulecia w wykonaniu Techlandu – okropne animacje, zwykłe strzelanie w stylu „zabij, butelka z życiem, zabij, butelka z życiem”, masa błędów, niedociągnięć, durnych rozwiązań i olewania gracza za pomocą niedorobionych krajobrazów w stylu „klony atakują”.
Z okazji tego, że niedawno była premiera drugiej odsłony gry – Call of Juarez: Więzy Krwi, postanowiłem „w każdy wie jaki sposób” zdobyć grę, stwierdziłem, że ta opcja będzie znacznie lepsza, aniżeli „ta druga opcja”, co do której nie mam pewności, czy będzie opłacalna. Jednak nieco stwierdziłem, że warto dać jeszcze jedną szansę, ostatnią… która może zaważyć na tym, czy uważać Techland za godną polską firmę, robiącą dobre polskie gry… czy też skreślić ją z notatnika, gdy będą zbliżać się informacje o polskich produkcjach. Zapowiada się iście miodnie – wspaniałe animacje, podobno niesamowite walki z udziałem całej masy postaci… Proszę się nie zniechęcać przy niektórych złych ocenach, bowiem taki mi po prostu został niesmak po pierwszej części, ocena ostateczna na koniec :-)
Najpierw drobny wstęp:
Call of Juarez: Więzy Krwi to kontynuacja westernowej strzelaniny z roku 2006, stworzonej przez wrocławskie studio Techland. Podobnie jak w pierwszej odsłonie tej serii, miejscem akcji jest Dziki Zachód. W Więzach Krwi poznajemy młodość braci McCall – znanego z pierwowzoru Ray’a i jego brata Thomasa. Trwa wojna secesyjna, a rodzeństwo siedzi w okopach Georgii, walcząc po stronie Konfederacji. Na początku ich zadaniem jest odpieranie natarć wojsk generała Shermana. Priorytety braci błyskawicznie się zmieniają, ponieważ dowódca sił Unii stosuje tzw. taktykę spalonej ziemi. Gdyby Sherman dotarł do farmy Ray’a i Thomasa, oznaczałoby to zrujnowanie ich majątku i śmierć mieszkających na niej krewnych. Konfederaci nie chcą zaprzątać sobie głów problemem McCallów, dlatego bracia muszą szukać rozwiązania problemu na własną rękę. Na myśl przychodzi tylko jeden sposób – dezercja.
W większości misji można wcielić się w obu braci. Dzięki takiemu rozwiązaniu gracz może wykonywać stojące przed nim zadania na dwa sposoby. W zależności od wybranej postaci, zmienia się styl gry, a to za sprawą różnych umiejętności Ray’a i Thomasa. Ray chętnie wykorzystuje w walce dwa rewolwery; strzela szybko i świetnie radzi sobie na krótkich dystansach. Ponadto potrafi używać dynamitu do eliminowania przeciwników. Thomas to człowiek preferujący walkę na średni dystans – wszelkiego rodzaju karabiny są w jego rękach wyjątkowo zabójcze. Co więcej, może on używać lassa do np. wchodzenia na dachy budynków.
Rozgrywka typowa dla gier akcji została w Więzach Krwi mocno urozmaicona. Dostępny jest tzw. tryb koncentracji, dzięki któremu bohaterowie mogą spowalniać czas i w efektowny sposób eliminować napotkanych wrogów. Obecne są również typowe dla Dzikiego Zachodu pojedynki rewolwerowców, polegające na wybraniu odpowiedniego momentu na sięgnięcie po broń i oddanie strzału. Na potrzeby drugiej odsłony serii Techland opracował także system ukrywania się za przeszkodami.
Więzy Krwi oferują również tryb wieloosobowy, w którym gracze mogą wybierać pomiędzy tradycyjnymi deathmatchami, grą drużynową, a także misjami opatrzonymi konkretnymi wytycznymi, np. obrabowaniem banku. Osoby decydujące się na zabawę w Internecie mogą wybrać jedną z kilku klas postaci przed przystąpieniem do właściwej rozgrywki, natomiast za dobre wyniki w grze przewidziane są drobne nagrody.
Na uwagę zasługuję również oprawa wizualna. Wykorzystuje ona moc Chrome Engine 4, autorskiego silnika firmy Techland, który umożliwia generowanie rozległych przestrzeni, a także stosowanie różnego rodzaju graficznych wodotrysków – rozmyć obrazu, malowniczych eksplozji, efektów cząsteczkowych lub powietrza drżącego pod wpływem wysokiej temperatury.Za: gry-online
Postrzelamy, zobaczymy…
Dostępne w HD
Zabawmy się…
Początek
Hmmm… jedna płytka DVD? Trochę niewiele, jednak kto wie… może się postarali i na jednej płytce znajduje się majstersztyk, gra na ładnych parę dni nieustannego grania. Wymagania techniczne?
Core 2 Duo 3 GHz, 2 GB RAM, karta grafiki 512 MB (GeForce 8600 lub lepsza), 4 GB HDD, Windows XP SP3/Vista SP1
Za gry-online
Nie przeczę, że jak na środek roku pańskiego 2009 nieco sporo, o tym, jak te wymagania mają się do samej gry – nieco później. Zalecany jest Core 2 Duo, o mocy 3 GHz, jednak sama gra zajmuje bajecznie mało w porównaniu do innych produkcji, zajmujących niekiedy po 10 albo po 15 giga… Zobaczymy. Widzisz te zdjęcia wplecione w post? To nie rendery, czy z góry przygotowane grafiki reklamujące grę… tak wygląda gra na ekranie moniotora na prawie maksymalnych obrotach! Ładnie…

Intro mnie mocno zaskoczyło, podobnie jak okładka – druga część gry, Rey dalej żyje i ma się świetnie, mimo że w pierwszej części zakopali go pod stertą kamieni. Stwierdziłem – albo niezły „przypał” i twórcom, coś odstrzeliło, albo druga część dzieje się przed pierwszą, co oczywiście wydało się bardziej prawdopodobne. Fajnie, jednak intro jest doprawdy mylące – moim zdaniem znacznie lepiej wypadłby drobny wstęp, mówiący, że są to wydarzenia z przed pierwszej części. Ale cóż, jedni wolą taki sposób…
Początek – ustawienia ekranu, pierdoły… i menu główne.
Niezbyt klimatyczne, cały czas to samo, niezmienne – animacja trwająca z 10 sekund i uruchamiająca się od nowa.
Pierwszy minus na koncie, jednak chwilę później pojawia się pierwszy spory plus – przy komputerze o parametrach:
Intel Centrino 2x 2,26 Ghz
4048 RAM
GeForce 9600 GT
Gra śmiga na najwyższych obrotach aż miło, animacje między epizodami i same lokacje ładują się błyskawicznie. W końcu Szybki Zapis, to naprawdę „szybki zapis” trwający dosłownie – może trzy sekundy, a nie jak w pierwszej części gry – kilkanaście.
Kurw… początek doprawdy oszałamiający – doskonała grafika, muzyka, klimat, wspaniałe efekty, rozwiązania. Nareszcie zapisywanie automatyczne w tle, nigdy konkretnie nie wiemy ile posiadamy amunicji, dopóki sami nie sprawdzimy. Podobnie z życiem, nie ma konkretnego paska. Możemy w końcu ingerować z otoczeniem – rzucać na przeciwników przedmioty, otwierać skrzynie, czy drzwi do domów. Zapowiada się smakowita uczta.
Zasiej chaos po stronie wroga
Ciekawe zadanie – ma ktoś nasionka? Pojawia się drugi spory minus – zadania do wykonania są wskazane wręcz, co do milimetra „palcem” – sam początek, wyeliminowanie snajperów. Zniósłbym swego rodzaju „wskaźnik”, który mówi nam w którym kierunku mamy iść… ale nie centralne pokazanie gdzie jest wróg! Trochę to durne, że wiemy dokładnie gdzie za krzakiem wystaje przeciwnik… Z jednej strony sposób dobry, bo nie pozwala nam się zgubić, z drugiej strony niszczy przyjemność z szukania rozwiązania, bowiem zawsze wiemy gdzie jest nasz cel.

Co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło – misje poboczne, które możemy wykonywać nie zważając na wątek główny. Niektóre z nich zaskakujące, inne dynamiczne, jednak pozostał niedosyt – trochę ich mało.
Rozwiązania
Autorzy widać, że w końcu poszli nieco po rozum, albo sami się przyznali, że rozwiązania w pierwotnym Call of Juarez były tragiczne – grę można było przejść z zamkniętymi oczami za pomocą zdolności specjalnych obu postaci (Billy’ego i Ray’a). W przypadku Więzy Krwi nie jest już tak łatwo, tryb koncentracji otrzymuje się dopiero za dobrą walkę – zabijając przeciwników powoli rośnie nam swego rodzaju „wczucie się” w walkę, więc nie ma mowy o takim rozwiązaniu jak w pierwszej części – że mogliśmy co chwila używać tego trybu. Było wspomniane na początku – dysponujemy dwiema postaciami do wyboru – Thomasem, który jest świetny na daleki dystans, radzi sobie z karabinami i łukiem oraz Ray’em, doskonałym rewolwerowcem. Każdy z nich posiada nieco odmienne bronie (Thomas posiada np. lasso albo łuk, zaś Ray – dynamit) oraz inną koncentrację… Większość etapów w grze możemy przechodzić albo Rey’em albo Thomasem, co nadaje dodatkowego „smaczku” grze – sami decydujemy, jak ma się potoczyć fabuła…

Mimo, że wybór nie ma większego znaczenia na przepływ wydarzeń, to świetnie rozwiązany został sposób „rozwałki” – niektóre elementy musi wykonać Ray, a niektóre Thomas, więc grając jedną postacią, w danym momencie gry, nie odkryjemy jak wyglądała robota drugiej postaci, jednak nie są to wielkie rozbieżności. Takie rozwiązanie jest znacznie lepsze niż dwa różne scenariusze – przykładowo wybierając Rey’a będziemy musieli bronić się w wiosce, zaś Thomas będzie musiał zajść wroga od tyłu, wielkich różnic nie ma.
Jak wspominałem – występuje współpraca bohaterów, przykładowo Ray ze swoim pancerzem nie jest w stanie wspiąć się na półkę skalną, więc grając Thomasem będziemy musieli mu pomóc, lub odwrotnie.

W wielu lokacjach wybór odpowiedniej postaci może zaważyć na stopniu trudności – ogółem gra jest dla wprawionego FPS-owca nieco banalna na stopniu „Średnim”, więc każdemu kto naprawdę chce poznać smak gry i strzelać ciągle na krawędzi śmierci, zalecam stopnień Trudny. Jeżeli wybierzemy Thomasa, do walki w ciasnych pomieszczeniach lub tunelach, to doprawdy możemy mieć nie lada problem – bowiem jego tryb koncentracji bardziej nadaje się na dalekie dystanse, podobnie bronie, zaś Ray nie tylko świetnie wysadza w powietrze całe chaty i korytarze w kopalniach, co jeszcze jego tryb koncentracji nie nadaje się do „szukania wrogów” gdzieś po wzgórzach.
Nareszcie trzymające w napięciu, pięknie wyglądające pojedynki. W pierwszym Call of Juarez było to wręcz głupie – oczekiwanie na gong i usiłowanie trafienia przeciwnika. W Więzy Krwi możemy (a wręcz musimy) nieco się poruszać, robiąc powolne kroki w lewo lub w prawo, by przeciwnik nie wyszedł nam z pola widzenia. Musimy sami sterować postacią, by mieć rękę stale przy broni (ale nie na niej, bo postać ją sama odsunie) i dopiero w odpowiednim momencie wyciągnąć broń za pomocą myszki i celnie trafić.

Co do samych rewolwerów, strzelb i karabinów… W końcu twórcy zauważyli problem „zardzewiałej broni” (w pierwszym CoJ, zaczynamy etap z zardzewiałymi, kończymy go z nowymi i mimo, że kolejny etap jest krok dalej, to od nowa mieliśmy zardzewiałe), od tej pory możemy kupować broń za złoto poukrywane po skrzyniach czy domach, lub też zdobywane z zabitych przeciwników. Do wyboru mamy całkiem spory arsenał – różnego rodzaju bronie, podzielone na ich jakość.

Zachwyciło mnie jedno rozwiązanie – wykorzystywanie otoczenia do ochrony lub ataku. Możemy użyć każdego elementu otoczenia – przykładowo chwycić lampę i rzucić w stóg siana, powodując, że przeciwnicy albo zaczną płonąć albo się dusić od dymu. Niby nic niezwykłego… Ale co powiecie na to – możemy stanąć przy każdej beczce, skrzynce, oknie czy framudze i automatycznie użyć jej jako osłony? Postać „przytuli się” przykładowo do beczki i wykorzystując myszkę będzie się delikatnie wychylać z strony, jaką nakierujemy. Wygląda to doprawdy wspaniale, gdy w wirze walki możemy przylgnąć do ściany na rogu i w cudownie wykonany sposób wychylić postać, zacząć strzelać. Nie musimy przy tym używać żadnych przycisków, postać sama kuca za przeszkodą lub przylega do niej, a my tylko kierujemy myszką! :-)
Fabuła
Może nie zachwycająca i cudowna, ale znacznie lepsza niż w pierwszej części – pełna zwrotów, zaskakujących momentów, chociaż moim zdaniem zepsuta wstępem do niej. Z góry wiemy, dzięki pierwszej części gry, co stanie się z Williamem (bratem Rey’a i Thomasa), z góry wiemy o niektórych elementach fabuły. Trochę to psuje całą zabawę, jednak obejrzenie historii we wspaniałej grafice i odegranie w niej roli w stylu „powrotu do przeszłości” i tak jest bardzo interesujące.

Na samym początku pisałem, że nie spodobał mi się taki niezapowiedziany „powrót do przeszłości”, bardziej wolałbym jakieś wprowadzenie do wydarzeń, niż z góry rzucone rozwiązanie w stylu „Ray żyje, więc to z pewnością przeszłość”. Denerwuje nieco wykonanie kluczowych osób – Juarez wygląda nieco inaczej niż w pierwszej części, chociaż można się spodziewać, że skoro akcja rozgrywa się około 20 lat wczesniej, to zarówno Juarez, jak i Ray, nieco się postarzali.

Fabuła jest o tyle rozbudowana, że jeżeli dobrze się przyjrzymy, to zauważymy powiązania wielu postaci, które poznajemy w Więzy Krwi, z postaciami z części pierwszej, mimo że wyglądali w niej nieco inaczej. Właśnie o to chodzi – dam małą wskazówkę, pamiętacie „kopcącego Indianina”, z części pierwszej? Wystarczy go porównać do pewnej postaci z części drugiej.
Denerwują nieco te znane z westernów „wielkie powroty”, gdzie okazuje się, że dawno pokonany przeciwnik wraca i ma się świetnie, podobnie jest z Juarezem. Odnoszę wrażenie, po przejściu drugiej części, że ten człowiek jest nieśmiertelny – pokonany nie raz w części drugiej, pokonany kilka razy w części pierwszej…
Bugi, błedy…
Eh, Panowie z Techlandu dalej się nie nauczyli dwóch podstawowych rzeczy pod względem ich silnika. Po pierwsze – dalej postać chodzi jak kukiełka, co widać, gdy przyglądamy się cieniowi postaci – nogi się poruszają, ale całe ciało od pasa w górę jest sztywne i chodź by bohater stał na stumetrowym urwisku, to nawet włos mu nie drgnie. Druga sprawa – dalej możemy wchodzić po stromo ustawionej drabinie trzymając strzelbę dwoma rękoma, dalej możemy jeździć konno mając zajęte obie ręce rewolwerami i dalej… eh… koń przypomina mechanicznego potwora. Walka na koniu przypomina atak rycerza w kopi – obracając głowę w prawo obracamy całego konia. Nie łatwiej i przyjemniej byłoby sterowanie koniem za pomocą WSAD, a celownikiem za pomocą myszki?

Pełno jest też drobnych wpadek – przykładowo związanych z strzelaniem podczas ucieczki powozem – możemy strzelić Rey’owi w głowę, a pociski trafią wroga za nim. Co ciekawe – powóz był ciągnięty przez dwa konie, a po zakończeniu etapu nagle były trzy (każdy bohater na innym koniu), wpadka? :-)
O koniach można by pisać książkę… są niezniszczalne. Możemy stać na koniu na głównym placu, koń może wytrzymać grad kul albo strzał w głowę, jak w pierwszej części Call of Juarez gra wręcz nas karała za przypadkowe zabicie konia, tak tutaj są one nieśmiertelne. Co zabawniejsze – luzem dają rade przebiec przez 10 stodół niszcząc kopytami ich drzwi.
Zabawnie prezentują się sklepy z bronią – jeden z nich znajduje się w centrum miasta, bohaterzy są ścigani przez wszystkich mieszkańców, a tu nagle sklepik w środku rozróby, możemy kupić broń, spokojnie pogadać ze sprzedawcą.
Kliknij by powiększyć.
Zdarzały się strzelby wbite w ziemię, ale na szczęście tylko kilka razy się z tym spotkałem :-)
Albo biała rzeka płynąca w studni. Do dziś zastanawiam się, czy już wówczas nie znali kanalizacji…
W grze to mi się podobało, że można było niszczyć niektóre elementy otoczenia, takie jak barierki na balkonach – tylko czasami śmiesznie się wieszały i trzymały się chyba na dwóch drzazgach
Dalej wiele do życzenia pozostawiają niektóre tekstury, wymagające większego poświęcenia – złoto w tunelach pod Juarez wygląda jak jedna tekstura, upadajacy na ziemię medalion zapada się do połowy w piasku (teksturze), co wygląda komicznie. Biblia rzucona kilka metrów w górę spada, jak kamień, nawet kartki się nei poruszyły. Zdarzały się pomniejsze błędy związane z „wchodzeniem w tekstury” – gdy Thomas pomagał Ray’owi wchodzić na półkę skalną, albo gdy Ray stał na łódce – wystawały mu z łódki buty :-)
Ogółem błędów i nieco żałosnych rozwiązań jest bardzo mało, nie licząc konia, bardzo duży plus dla Panów z Techlandu.
Humor
Eh, z mieszanymi uczuciami, z ciężkim sercem, ale niech będzie plus za „niepolski humor”. Grę robi polska firma, jest ona okrzyknięta jedną z najlepszych polskich gier, o ile nie najlepszą… ale czemu nie ma polskiego dubbingu. Również nie było w pierwszym Call of Juarez, to się nie spodziewałem w drugim… A szkoda, bo niektóre świetne żarty i utarczki wypowiadane przez Ray’a i Thomasa z pewnością świetnie brzmiałyby po polsku, a tak możemy się jedynie cieszyć napisami.
Autorzy nie zapomnieli również o swojskim, polskim humorze (kliknij by powiększyć):

Znane jest również tanie wino „Die Die”, chociaż powyższy napój wysokoprocentowy z pewnością lepszy. Zdarzają się też inne humorzaste elementy – np. ogłoszenie znalezione w jednej ze skrzyń, należące do firmy „Dead man walking”, będące reklamą zakładu pogrzebowego.

Humor w wypowiedziach głównych bohaterów potęguje ich podejście – arogancja, zero strachu i wszechobecne „ściganie się” pomiędzy Thomasem i Ray’em w tym, kto lepiej radzi sobie z przeciwnikami.
A na koniec…
Cóż można powiedzieć – najlepszy polski FPS w historii i chyba doprawdy jedyna polska gra, która może się gdziekolwiek liczyć. Fabuła tak zbudowana, że nic nie straci ten, kto zagra sobie najpierw w część drugą, a dopiero potem wróci do niezbyt udanej części pierwszej. Z pewnością można powiedzieć, że Techland już pracuje nad częścią trzecią, więc dla osób zainteresowanych – bez różnicy od której części się zacznie, jak mówiłem – druga jest swego rodzaju „come backiem” w przeszłość.

Do wad można by zaliczyć… tak, pewnie już wiecie… konie i walki w siodle, poza tym trochę przykrótka i nie stanowiąca nawet małego wyzwania na średnim stopniu trudności. Grę przeszedłem w 9 godzin, czasami zaglądając do zakamarków w poszukiwaniu sekretów lub monet, nie jest to mało, ani zbyt dużo… jednak pozostaje niedosyt, że gra mogła by być na dwóch płytach i zajmować dwa razy więcej czasu.
Tak czy inaczej… nic dodać, nic ująć. Najlepsza polska gra, jaka do tej pory powstała.
Dołącz do stałych czytelników, subskrybuj kanał RSS!
Bądź zawsze na bieżąco z najnowszymi aktualizacjami.









Po zapowiedziach i informacjach o grze stwierdziłem, że kupię tego oryginała. Nie żałuję ;-)
Cacy, firma odbiła się po tragicznej części pierwszej. A co do wad – też mi się nie podoba to wieczne wracanie, ile razy można zwiedzać fort Juarez – w części pierwszej byliśmy tam ze 2 razy, teraz jeszcze w drugiej. Tak czy siak – arcydzieło ;-)
:) Mówiłem, że Polacy gry dobre robić potrafią. Po Więzach Krwii spodziewałem się wiele dobrego, ale i tak w to nie zagram, poczekam aż wyląduje w jakiejś „Klasyce” czy innej taniej serii – nie chcę męczyć się z kompem, który grze… nie podoła.
Wiedźmin, pomimo niedoróbek i niepolskiego silnika też zły nie był. Akcja CoJ dzieje się na dzikim zachodzie, niewiele jest takich gier. Ciekawe jak wypadnie dzieło Rockstara osadzone właśnie w takim świecie, bo GTA na dzikim zachodzie… ciekawy pomysł.
Się udało, się udało ^^
Po trailerze, gameplay i screenach stwierdzam – pora zdobyć grę. Nie wiedziałem, że na dzikim zachodzie piło się jabole ^^
Istrandir, jeżeli kolejne GTA będzie na dzikim zachodzie, to ja osobiście udaje się do siedziby Rockstar i publicznie wyjmuję „sprzęt” i oddaje ciepły mocz na ich logo :-)
Ee tam, kolejne GTA będzie… nie wiem gdzie będzie. Za „Red Dead Redemption” odpowiada inne studio Rockstara, za to silnik będzie z „czwórki” (rage). Premiera niedługo, już na jesień (dla konsoli, PC pół roku później). Jestem ciekaw jak to wyjdzie, bo trailer jest ładny…
Z tego co widzę gra niezła. Muszę sprawdzic :)
Po takiej recenzji zbieram kasę na wersje PS3 :)
Po co na PS3, skoro na PC lepszy i wygodniejszy :P Do dziś nie rozumiem jak można grać w FPSy analogami…
Jak się nauczysz to da się grać ;) Na PC nie biorę, mój lapek wyciąga 5-35 FPS w Counter-Strike’a 1.6… a ty mówisz o tej gierce :D
Te parametry komputera co podałem w tekście (nie wymagane, tylko poniżej), to właśnie mój laptop ^^
ciekawa gierka i screeny, ciekwe skąd można ściągnąć?
Z półki w sklepie.