… wspaniałej i interesującej gry, czy do największego kitu ostatnich lat?
To pytanie zadawałem sobie, gdy pierwszy raz kątem oka zobaczyłem gdzieś urywek rozgrywki w Borderlands. Widząc rozgrywkę przez może pięć minut, nie da się gry ocenić jednoznacznie, rozbudowanie, jednak często takie „zerknięcie” w moim przypadku decyduje o tym czy grać, czy nie grać… co czasem okazuje się bolesne, gdy gra wpada w ręce po roku lub dwóch i okazuje się mistrzostwem. Pierwsze kilka minut oglądając Borderlands nasunęło mi od razu jedną myśl – „Boże, znowu jakiś FPS gdzie cały ekran uwalony jakimiś migającymi cyferkami”, chociaż grafika Borderlands w stylu lekko komiksowym, coś mi zaczęła przypominać…
… a jak wyszło, po własnoręcznym zmolestowaniu gry, przeczytać możesz dalej…
Borderlands
Firmę 2K Games zna chyba każdy gracz, który raz na jakiś czas przysiada do komputera, w celu rozluźnienia się przy grach komputerowych. Owa firma w zeszłym roku z dumą ogłosiła, że wkrótce światło dzienne ujrzą jej trzy największe hity – Mafia II, Bioshock II oraz właśnie Borderlands. Stało się tak, jak w wielu premierach bywa – wydaje się najpierw produkcję najsłabszą, czyli w tym wypadku Borderlands, by później ewentualnie poprawić porażkę innymi znanymi tytułami…
Wielu ludzi oglądając trailer lub inne przedstawienie Borderlands zwraca uwagę przede wszystkim na to, co przyjdzie nam oglądać przez całą grę, jeżeli zagramy – czyli na grafikę, oczywiście :-)
Od razu zachwycając się albo ją nienawidząc… jeżeli to pierwsze, większość graczy od razu mówi „cóż za innowacyjne rozwiązanie” albo „jakiś powiew nowości”. Co prawda, nie spotyka się zbyt często gier stworzonych w komiksowej oprawie, jednak nie jest to zabieg nowy – wielbiciele komiksów mogą przypomnieć sobie komiks XIII, również grę o ten komiks opartą. Właśnie XIII wydane w 2003 roku, było chyba pierwszą grą stworzoną w dobrze wyglądającej komiksowej oprawie.

Lekko postapokaliptyczny klimat, nieco inna muzyka niż w większości gier, interesująca rozwałka i wszechobecny „szalony” humor – to wszystko sprawiło, że postanowiłem jednak spróbować… a co szkodzi… Przy okazji – połączenie cRPG z FPS, nie zawsze wychodziło dobrze, jednak kto wie, może w połączeniu z tym, co wspomniałem zdanie wcześniej gra okaże się niezapomnianym przebojem.
Postacie w Borderlands
Cała akcja gry toczy się na planecie o dumnej nazwie Pandora… I szczerze mówiąc, mam wrażenie, że ostatnio ludzi lekko „poyebao” na punkcie tej nazwy – gdzie się nie udać, to albo planeta Pandora, albo książka Pandora, albo film, którego akcja toczy się na planecie Pandora (tak, to aluzja do filmu Avatar)… jako jeden z czterech…
- Lilith – słodziutka, malutka kobieta charakteryzująca się przede wszystkim umiejętnościami w dziedzinie „borderlandsowych żywiołów” – atakach o obrażeniach od ognia, elektryczności oraz toksyczności.
- Roland – chodzący rozpierdzielator, który za pomocą swojej umiejętności Scorpion Turret może sobie czasowo zapewnić ochronę przeciw nadciągającym przeciwnikom, a dodatkowo wspierać w zaopatrzeniu swoich towarzyszy.
- Mordecai – snajper wyborowy władający przede wszystkim karabinami snajperskimi i pistoletami. Mały kurdupel, ale dzięki umiejętności, która potrafi przebijać osłony przeciwników, może być bardziej niebezpieczny od innych postaci.
- Brick – pudzianopodobny olbrzym, który do zabawy z przeciwnikami używa nie tylko broni ciężkich, ale również… własnych pieści. Świetnie radzi sobie z granatami (dodatkowo połączonymi z modułem odłamkowym) i świetnie broni się „pancerną patelnią” (która jest jedną z jego umiejętności).
… bohaterów w trybie Single lub w trybie Multi. Oczywiście każdą postać możemy rozwijać na własny sposób, jeżeli chcemy, spokojnie możemy walczyć pistoletami grając Rolandem czy Lilith, albo snajperkami grając Brickiem czy inną postacią, niż jest to „niby zalecane”. Mimo to, każda postać ma swoje specjalne umiejętności podzielone na trzy grupy, które premiują władanie tymi broniami, które są im dane.
Fabuła Borderlands
Lądujemy na Pandorze… planecie gdzieś na największym zadupiu, która okazuje się pobojowiskiem, gdzie ludzie mieszkają w zbitych z blach osadach przypominających nieco klimaty Mad Max. Jednak Pandora nie okazuje się wspaniałą planetą bogatą w złoża naturalne, surowce czy inne pierdoły… Jedyne, co trzyma tutaj ludzi, to krążąca niby legenda o znajdującym się miejscu określanym Vault, gdzie ukryta jest nieznana technologia.

Mimo, że nikt nie wie, gdzie owy Vault się znajduje, każdy po cichu drąży temat dla swoich celów – nie inaczej jest z Tobą, chociaż w przypadku Borderlands, zadania przypominają raczej te, które wykonywaliśmy w grach mających dziś po 6-7 lat. Bywają też tacy, którzy porównują Borderlands do Fallout 3 jeżeli chodzi o klimat i rozgrywkę… a jest to moim zdaniem najbardziej kosmiczny błąd, jaki można sobie wyobrazić.
Po pierwsze, Borderlands nie jest klasyczną postapokalipsą – bowiem lądujemy na wyjałowionej planecie, a nie biegamy pośród ruin naszej rodzimej Ziemi. Również nie ma co porównywać wątku fabularnego, mimo że w obu grach bardzo często przewija się słowo Vault – w przypadku Borderlands wykonujemy zadania z cyklu „przynieś, zabij, pozamiataj”, które non stop opierają się o to samo.
Get out my scan range!
Zdarzają się humorystyczne wstawki… Tablice z napisem „Piss off!” przy regionach gęsto obsadzonych przez bandytów, czy biegnące w naszą stronę hordy szalonych psycholi. Szczególnie warto tu zaznaczyć humor reprezentowany przez małe roboty Claptrap – przykładowo powyższy cytat przerobiony z znanych słów „get out my sight!”.
Nie wiem czemu, ale pędząc gazikiem po pustkowiach w Borderlands zawsze nuciły mi się wręcz automatycznie słowa z Highway to Hell autorstwa AC/DC…
Mimo niekiedy irytujących zadań, przemierzanie pustkowi sprawia jakąś dziwną przyjemność… jeszcze większą przyjemność daje penetrowanie podziemi, jaskiń, czy zamkniętych lokacji, bowiem nawet taka komiksowa grafika może być niesamowicie klimatyczna.
Wątek główny od początku do końca opiera się albo na zabijaniu, albo na przyniesieniu, albo na wciśnięciu paru guzików w jakiejś lokacji. Zadania możemy otrzymywać od różnych postaci rozsianych po świecie oraz z tzw. Bounty Board. Często o dostępnych zadaniach będzie przypominał nam przezabawny Claptrap – niewielki robocik, którego spotykamy w wielu stadiach gry… chociaż odnoszę wrażenie, że twórcy Borderlands chyba nigdy w niego nie grali – pod koniec gry Claptrapa miałem ochotę rozwalić, jak mi przez 5 minut non stop przypominał o nowych zadaniach w środku toczącej się walki.
Engine, rozwałka i latające flaki…
Wspominałem na początku postu, że gra odrzuciła mnie migającymi wszędzie cyferkami podczas zaciętej walki.
Myliłem się.
Borderlands jest nastawiony przede wszystkim na mocną rozwałkę i dynamiczne walki z masą różnorodnych monstrów i przeciwników. Sposobów, na jakie możemy likwidować spotkane „istoty” jest masa – odstrzelenie głowy, rozjechanie samochodem, wysadzenie granatem, porażenie prądem, rozpuszczenie w kwasie… Wszystko zależy od tego jak uzbroimy naszą postać, a wierzcie mi – broni jest całkiem sporo.
W Borderlands nie ma określonej ilości broni, jest jedynie określona ilość typów oraz rodzajów obrażeń – do dyspozycji mamy między innymi strzelby, ciężkie i lekkie karabiny, pistolety, wyrzutnie rakiet, snajperki, a nawet bronie obcej technologii… Wszystko to dodatkowo jest urozmaicone bonusami, jakie posiadają bronie oraz kilkoma „borderlandsowymi żywiołami” (o których wspominałem wyżej), co niektóre bronie mogą posiadać również zamontowane ostrza ułatwiające walkę wręcz. Różnorodność broni połączona z różnorodnością przeciwników, którzy mogą posiadać odporności na ataki lub osłony w konkretnych częściach swojego ciała sprawia, że musimy dostosowywać broń jaką używamy do konkretnych wrogów.

Podział lokacji w Borderlands przypomina… hm… na pierwszy rzut oka (przynajmniej dla mnie) system lokacji w Stalkerze – świat podzielony jest na lokacje, w których występują po prostu oznaczone przejścia do kolejnych. W Borderlands oznaczone są one szczególnie widocznie – zielonym lub czerwonym „guzikiem” przed wejściem. Nawet mapa lekko przypomina pierwszego Stalkera – prosta, z zaznaczonymi punktami i tyle…
Mówiłem wcześniej, że chyba autorzy Borderlands wcale w grę nie grali… objawia się to wręcz durnym zachowaniem AI w lokacjach, w których występuje sporo przeszkód. Normalnie przeciwnicy zachowują się dość realnie – unikają granatów, sami je rzucają, chowają się za przeszkodami, czy nie dają się nam wystawić pod lufę… Jednak… Jeżeli staniemy tuż przed nim, a między postaciami będzie przeszkoda, wróg zacznie walić jak głupi w ścianę, myśląc że jej nie ma.
Szczytem rozbudowania Borderlands może nie jest… ale całkiem przyjemnie zbiera się różne klamoty dodające nam lepsze osłony od obrażeń, lepsze modyfikacje granatów (np. odłamkowe, rażące elektrycznością lub posiadające „broń chemiczną”) oraz modyfikacje naszych umiejętności. W Borderlands zastosowano również system kupna i sprzedaży przedmiotów – niekiedy z przeciwników zostają pieniądze, możemy je znajdywać w lokacjach czy otrzymywać za zadania, następnie w wielu miejscach na planszach możemy dokupywać amunicję lub nowe bronie. Robienie rozróby za pomocą różnorodnych broni nigdy nie sprawiało mi większej radości niż właśnie w Borderlands – odgłosy drących się przeciwników, rozwydrzone psychole zachodzące nas od tyłu z „kluczem do konserw”… mmm… miodzio.
Ocena Borderlands
Po pierwsze, co mocno kuje – autorzy w grę chyba grali po pijaku robiąc nieco niedorobiony system inteligencji przeciwników. Po drugie, co kuje jeszcze mocniej, to fakt, że granie samemu po czasie zaczyna nudzić… można grać w kooperacji, co sprawdza się wybornie – postacie wzajemnie się uzupełniają umiejętnościami. Do wad należy wcisnąć idiotyczne zadania, nie mającego nic wspólnego z jakąkolwiek fabułą oraz sterowanie pojazdami, które doprowadza do szału…
Kolejny dowód na to, że twórcy Borderlands nie grali zbyt dobrze we własne dzieło – głównych bossów można pokonać z zamkniętymi oczami odpowiednim sposobem – typka w samochodzie trzema granatami w 10 sekund, wielkiego dzika bez stracenia nawet 1 HP, zaś głównego bossa zabiłem chyba rykoszetem, bo wywaliłem jeden magazynek i było po sprawie…
Wybaczcie, że nie zapamiętałem nazw przez walki trwające kilkanaście sekund…
Sprawa trzecia (tym razem zaleta) to oczywiście niesamowicie klimatyczna oprawa z nutką Mad Maxa oraz przemiodne robienie papki z setek, jak nie tysięcy istot… A skoro mowa już o przeciwnikach – każdy z nich ma swoje mocne i słabe strony. Jedni przeciwnicy mogą mieć świetne opancerzenie z przodu, jednak gdy trafimy mu w „dupę” wystarczą dwa strzały do pokonania. Nawet ludzie mają (oczywiście?) słabe strony – trafienie w głowę daje krytyka.
Spokojne i ciche chodzenie po jaskiniach może w kilka sekund zamienić się w ostrą jatkę – gdy przeciwnicy przykładowo wygrzebują się z piasku, wychodzą z ciemnych zaułków – spokojne obozowisko może okazać się niezłą wpadką, gdy bandyci zaczną wychodzić z swoich chat.
Bez cienia wątpliwości 8 z mocnym plusem na 10 możliwych.
Ogólnie rzecz biorąc…
Zalety:
- Humor, rozwałka, muzyka i akcja
- Różnorodne bronie
- Spore i ciekawe lokacje pełne różnych przeciwników
- Oryginalny, niespotykany, acz świetny klimat
- Spora ilość zadań… durnych ale jednak się nie nudzi wieczne robienie tego samego w innej odsłonie
- Różne postacie pozwalające na przejście gry ponownie, w inny sposób
- Psychole! :-)
Wady:
- Durne AI potrafiące strzelać przez przeszkody, myśląc, że nas trafią
- Wybitnie proste i schematyczne zadania
- Twórcy gry nie grali w swoją grę – zabicie niektórych kluczowych bossów można wykonać z zamkniętymi oczami
- Krótkie trochę… wykonując niektóre zadania poboczne gra na 3-4 dni.
Dołącz do stałych czytelników, subskrybuj kanał RSS!
Bądź zawsze na bieżąco z najnowszymi aktualizacjami.







Komentarze